Małe kroki – duża zmiana

Małe kroki – duża zmiana

Moja aktualna klasa pierwsza od samego początku jest wdrożona w innowację pedagogiczną „Małe kroki”. Ale nie zawsze tak pracowałam.

Dzisiaj trochę o początkach.

Moje dwie pierwsze klasy uczyłam szkolnym standardem. I bardzo tego żałuję. Przy trzeciej klasie, zaczęło mnie uwierać zniechęcenie do pracy zarówno moje jak i moich uczniów. Pod koniec naszej wspólnej przygody, mocno wzięłam pod lupę zadania domowe.

Pierwszą książką, od której to się zaczęło był „Mit pracy domowej” Alfiego Kohna.

Obok literatury z zakresu edukacji, równolegle sporo czytałam o rodzicielstwie. Tematy rodzicielstwa bliskości, budowania relacji, komunikacji bez przemocy zaczęły się przenikać w obu tych światach. Im więcej czytałam, tym bardziej czułam potrzebę zmiany w mojej pracy.

To w ogromnym, naprawdę ogromnym skrócie. Ale wiem, że te historie są podobne u wszystkich osób, które szukają nowej drogi w edukacji.

Pierwszy krok był o tyle drobny, co ważny z kilku powodów.

Rezygnacja z zdań domowych z perspektywy mojej aktualnej pracy wydaje się śmiesznym banałem. Ale nie bez powodu innowacja nazywa się „Małe kroki” 😉 Co więcej, nie ma przymusu zadawania zadań, więc tworzenie innowacji polegającej na rezygnacji z nich, jest absurdalna. Jednak w mojej szkole było to tak bardzo nie do pomyślenia, że innowacja musiała powstać. Natomiast ważnym dla mnie aspektem było odczucie sprawczości („robię to!”) i akceptacja pani dyrektor. Czułam, że to ważny moment, bo otwieram nim drzwi, których już nie pozwolę zamknąć.

<Tu mogłabym opisać długą historię z rodzicami i nauczycielami w rolach głównych, ale fabuła jest banalna, więc zostawiam ją w domyśle.>

Drugim krokiem było szukanie takiego stylu pracy, który rozbudzałby ciekawość poznawczą dzieci. Moim absolutnie niepodważalnym faworytem jest metoda projektu. Ale coś nadal szwankowało, bo okazywało się, że chwilę było fajnie, a potem znowu przychodził czas na nudne wypełnianie ćwiczeń, „a czy to będę na ocenę?” i sprawdziany…

Postanowiłam pozbyć się tych szkodników. To było już bardziej skomplikowane, ale ja byłam już rozpędzona poczuciem, że w końcu trafiłam na właściwe tory. Podstawa programowa i rozporządzenie w sprawie oceniania i klasyfikowania są moimi sprzymierzeńcami. Blokował mnie statut szkolny, ale udało mi się zmienić zapisy dotyczące oceniania, żebym nie musiała wystawiać bieżących ocen cyfrowych, a mogła je zastąpić pisemną lub ustną informacją zwrotną.

I tym sposobem odfajkowałam formalne kroki, które w wielkim skrócie sprowadzają moją innowację do braku zadań domowych, ocen (poza śródroczną i roczną) oraz sprawdzianów.

O całej reszcie będę pisać w innych wpisać.

Także, jeśli czujesz, że chcesz coś zmienić, ale mówią Ci, że tak trzeba i inaczej się nie da, to niech będę dla Ciebie namacalnym dowodem, że się da i że można.